Autor: Wiesław Piechocki

Obserwuję tę liczbę od bardzo dawna. Towarzyszy mi ona w moich spotkaniach z historią, kulturą i sztuką. Niby nic szczególnego, nic specjalnego – „14” – a jednak.
Ma „14” swoje szlachetne dzieje już w antyku. W greckim mieście Teby rządziła królowa Niobe. Rozsadzała ją duma, gdyż powiła siedmiu synów oraz siedem córek. Zatem sumując, arytmetycznie 14 dzieci.
To jądro konfliktu genetycznego w tym przypadku. Królowa zadzierała nos niebywale wysoko, niemal do Olimpu. Chełpiła się swym potomstwem. Przestała nawet chodzić do świątyni i modlić się do bogini Latony. Boska Latona miała w niebie tylko jednego syna oraz jedną córkę. Nazywali się Apollo i Diana. Królowa tebiańska tak zhardziała i stała się tak arogancka, że zaczęła publicznie wyśmiewać boginię niebiańską: „-No cóż, chyba stosunek 14:2 pokazuje wystarczająco moją przewagę w dziedzinie rozrodczości! Macierzyństwo to moja domena! Tylko naiwni głupcy mogą w świątyni bić pokłony kobiecie, mającej jedynie dwoje dzieci. Ten szacunek i uznanie należą się mnie!”.
Tej potwarzy nie mogła znieść boska Latona. Nadszedł czas kary. Czekać? To znaczyłoby pozwolić zdeptać swą boskość. Latona wysłała na ziemię swój duet potomków. Oboje mieli łuki i strzały śmiercionośne w ręku i kołczany na plecach. Diana wytrenowana – szybko poradziła sobie z zabiciem wszystkich siedmiu córek Niobe. Apollo też bez problemu, alias bez oporu uśmiercił 6 synów. Grecy myśleli przy tym micie o specjalizacji dwu płci. Wtedy więcej płci nie było. Zatem bóg męski zabija chłopaków, a bogini dziewczęta…
Został ostatni syn Niobe, najmłodszy. Matka Niobe zalana łzami na kolanach błaga syna Latony o litość. Nie, nie ma litości! Kobieto, zbytnio zadzierałaś nosa! Za bardzo zraniłaś powagę niebios. Apollo zabija strzałą siódmego potomka aroganckiej królowej.
Na pobojowisku zostało 14 młodych trupów. Arogancja matki ukarana.
To moje smutne spotkanie z liczbą 14 w kulturze.
XIV – XIV – XIV
Podwójnie kojarzy mi się liczba „14” z chrześcijaństwem. Mianowicie w okresie wielkanocnym celebruje się pamiątkę „Drogi Krzyżowej” lub po łacinie Via Crucis. Ta najważniejsza znajduje się oczywiście w Jerozolimie. W międzyczasie zupełnie pozbawiona jest ta droga męczeństwa aspektu medytacji teologicznych. Zbyt dużo hałasu wokół arabskich sklepików. Krzyki zamiast ciszy. Turystyka zabiła kontemplację. Nie można się skupić.
W okresie postu poprzedzającego triumf Wielkanocy kroczy się w kościołach na świecie wzdłuż „stacji” w nawach. Przeważnie są to wiszące obrazy noszące tytuł kolejnego epizodu. Czasem są to płaskorzeźby lub całe kompleksy figuralne. I tych stacji jest zawsze 14. Dlatego wspominam ten fragment cywilizacji chrześcijańskiej.
Pamiętam kaplice z wielkimi 14 grupami rzeźb we włoskim mieście Varese blisko szwajcarskiej granicy, czyli żmudną wspinaczkę pod górę. Alpy pozdrawiają w Varese… Każda kaplica-stacja Via Crucis to parterowy budyneczek z zamkniętymi zakratowanymi drzwiami. Przez nie można tylko oglądać skamieniałe postaci.
Pamiętam obrazy drogi krzyżowej na ścianie w katedrze katolickiej w Nowym Orleanie, Luizjana, USA, dlatego, że tytuły scen pod obrazami podpisane są po francusku, a nie po angielsku.
Pamiętam katedrę w serbskim Nowym Sadzie. Tam z kolei, w centrum drugiej serbskiej metropolii nad przepięknym Dunajem, wzdłuż bocznych naw neogotyckiej świątyni ciągnie się sekwencja 14 obrazów-stacji. Wszystkie podpisane po węgiersku (sic!), a nie w języku serbskim. Historia madziarskiego regionu Wojwodiny nadal mocno trzyma w objęciach serbską teraźniejszość.
Druga „chrześcijańska“ droga liczby „14“ wiedzie do Bawarii. Tam leży nad Menem miejscowość Vierzehnheiligen, czyli dosłownie „Czternaścioro Świętych“. Liczba tkwi już w nazwie geograficznej! A do tej miejscowości ciągną pielgrzymki od wieków. Wspomniana grupa świętych jest elitarna, jako że wśród wielkiej ilości świętych kobiet i mężczyzn, stanowi ich crème de la crème. Ich liczba „14” dała impuls, aby tak nazwać całe bawarskie miasto. Jest to grupa wybrańców, zwanych jako „Święci Wspomożyciele”. Są wśród nich biskupi, męczennice, dziewice, pustelnik, rycerze a także założyciel klasztoru.
Podaję imiona tych szczególnie wyróżnionych świętych oraz ich ikonograficzne symbole: Krzysztof (gotów do marszu z dzieciątkiem Jezus na ramionach), Katarzyna z Aleksandrii (koło zębate przygotowane do tortur), Barbara (wieża), Jerzy (oczywiście smok pod koniem), Błażej (skrzyżowane świece od chorób gardła), Cyriak (diabeł!), Małgorzata (przy smoku na łańcuchu), Dionizy (z uciętą głową), Wit (kogut), Idzi (ładna łania), Pantaleon (ręce przybite do głowy – okropne), Achacy (korona oraz krzyż), Eustachy (jeleń – E. to patron myśliwych), Erazm (wpleciony w powój).
XIV – XIV – XIV
Mniej więcej w XIV (znowu „14”!) wieku ukształtowała się powoli we Włoszech forma słynnej formy poetyckiej – sonetu. Ma on bardzo finezyjną budowę: najpierw poeta wymyśla dwie zwrotki, obie po 4 linijki. To są tetrastychy. Potem tworzy dwie tercyny. Każda ma trzy linijki. Razem arytmetycznie daje to sumę: 4 + 4 + 3 + 3 = 14!
Ponieważ głównym poetą, tworzącym we wczesnej literaturze włoskiej sonety oraz ich wyrafinowanym krzewicielem był Francesco Petrarca (1304-1374), uważa się go za „ojca” tego typu wyrażania się w języku rymowanym. Rymy te są też poddane bardzo „skostniałym” regułom. Zatem ustalony jest „gorset” formy. Od wieków nie było zamachu rewolucyjnego na formę. Oczywiście czytelnik czeka na puentę w sonecie. Ona ma mieścić się na końcu, w ostatniej linijce – drugiej tercyny…
Sto lat po zgonie Petrarki rodzi się Michał Anioł (Michelangelo). Znamy go dobrze jako malarza, rzeźbiarza, grafika, jednym słowem mistrza nad mistrzami, geniusza renesansu. Natomiast mało kto wie, iż pisał on sonety. Pozostało po nim kilkaset sonetów wysokiej jakości, które zrobiły nawet karierę polityczną w różnych fazach państwowości włoskiej.
Same tuzy innych literatur, czyli mistrzowie pióra, parali się również sonetami. We Francji był to Pierre Ronsard, w Hiszpanii Garcilaso de la Vega, w Portugalii Luís de Camões a w Anglii William Szekspir.
XIV – XIV – XIV
Na koniec skojarzeń wypada wspomnieć trzech królów noszących liczbę/numer „14”. Dwu siedziało na tronie w Sztokholmie. Byli to Eryk XIV. Żył jedynie 44 lata w XVI w. oraz drugi monarcha o ciekawej proweniencji. Oficjalnie, po koronacji (1818) w protestanckiej katedrze w Sztokholmie nazywał się bardzo „po szwedzku” – Karol XIV Jan. Ale był importowany z Francji rozkazem Napoleona. Przedtem był rodowitym francuskim generałem w kampaniach cesarza z Korsyki! Przez pewien czas był nawet ministrem wojny. W rodzimej Francji! Rodzice nazywali się Henri Bernadotte oraz Jeanne St. Jean. Karol zainicjował nową monarchię francusko-szwedzką – Bernadotte. Dlatego flaga narodowa Szwecji ma barwy burbońskie rodem z Francji. O czym się po 200 latach nie pamięta w Europie dryfującej kulturowo na mielizny…
Na koniec naturalnie należy wspomnieć o Ludwiku XIV, czyli Królu-Słońce, panującym we Francji do 1715 roku. Jak widać, ten numer, liczba „14” zobowiązuje. Albo jak mawiają Francuzi: noblesse oblige.
Wiesław PIECHOCKI, Wiedeń, 29. 02. 2024
