O Swinarskim osobiście, którego nie znałam osobiście
Zdążamy przed siebie
po smudze światła
Zdążamy przed siebie
nie wiedząc
czy noc idzie przed nami
czy za nami
Andrée Chedid (20.3.1920 w Kairze – 6.2.2011 w Paryżu) – francuskojęzyczna poetka i pisarka o korzeniach libańsko-syryjskich, od lat 40. związana z Paryżem (tł. ebs)

*
Katastrofy lotnicze mają w sobie coś ze starożytnej hekatomby: składania bogom krwawej ofiary z ludzi, którzy jeszcze przed chwilą dokądś się spieszyli, mieli jakieś plany, jakieś cele, jakieś swoje przyszłości.
Konrad Swinarski, który mówił: „Najlepiej czuję się w samolocie, to znaczy nigdzie, największa wolność to lot”, latał dużo i chętnie, do wielu miejsc w świecie i kraju, prywatnie i zawodowo, sam i z żoną Barbarą, nawet z Krakowa do Warszawy lubił latać samolotem, żeby było szybciej i podniebniej.
*
Niedziela, 29 marca 2026 roku, dzień, w którym zaczynam pisać ten tekst, jest dniem szczególnym – będzie miał tylko 23 godziny. W nocy między 2 a 3 wypadła godzina i zaczął się czas letni. Potrwa do 24 października. Niedziela 25 października będzie miała 25 godzin. W Polsce wiosenne i jesienne przestawianie zegarków po nieregularnych wcześniejszych okresach zaczęło obowiązywać nieprzerwanie od 1977 roku.
Katastrofa lotnicza pod Damaszkiem, w której zginął Konrad Swinarski, wydarzyła się 20 sierpnia 1975 roku o godzinie 01.13 czasu lokalnego. W Syrii obowiązywał czas letni UTC+3 wprowadzony 1 maja 1975 roku. W Polsce – będącej w strefie czasu UTC+1 – nie stosowano wtedy zmiany czasu na letni, zegary wskazywały więc godzinę 23:13 dnia poprzedniego. W Polsce był koniec wtorku, w Syrii początek środy.
Stąd dla Polaków Konrad Swinarski zginął 19 sierpnia 1975 roku. Ale stąd w Kalendarium Wikipedii data katastrofy w „wydarzeniach światowych” to 20 sierpnia. Natomiast w raporcie Komisji Powypadkowej Lotnictwa Cywilnego czas wypadku to godzina 22:13 czasu uniwersalnego UTC. Encyklopedia PWN i Culture.pl podają datę śmierci reżysera 19 sierpnia 1975 bez zaznaczenia: „czasu polskiego”, Encyklopedia Teatru Polskiego podaje datę 20 sierpnia 1975 roku bez zaznaczenia: „czasu lokalnego”.
Śmierć czekała na Konrada Swinarskiego nie tylko gdzieś w obcych przestworzach i to na styku dwóch nocy, tej poprzedniej i tej kolejnej, ale też w szczelinie dwóch wyliczań czasów. Panowały dobre warunki atmosferyczne. Lot przebiegał spokojnie. Obu nocom jasno przyświecał księżyc, konkurując z blaskiem niezliczonych gwiazd. Popularny w państwach bloku wschodniego radziecki odrzutowiec Ił-62 Czeskich Linii Lotniczych leciał z Pragi do Teheranu na spotkanie dnia następnego z szybkością 900 km/godz. Miał mieć międzylądowania w Damaszku i Bagdadzie. Nie doleciał do Damaszku.
17 km przed lotniskiem, podchodząc do lądowania, roztrzaskał się na odludnym, pustynnym terenie, zahaczając o wydmę. Natychmiast stanął w płomieniach. Ze 128 osób na pokładzie, w tym 11 członków załogi, uszło z życiem dwoje pasażerów: Syryjczyk Mahmoud el Rached, 30-letni inżynier oraz 4-letnia Czeszka, Mona, która leciała z mamą i starszą siostrą, obie nie przeżyły katastrofy. Samolotem tym leciało trzech Polaków, wszyscy zginęli: Konrad Swinarski oraz – według pierwszych w Polsce doniesień prasowych – dwóch muzyków, Krzysztof Czech i Tomasz Stocki.
To było w czasach, kiedy o komórkach pisano w książkach SF, nikt z lecących nie mógł wysłać ostatnich słów pożegnania (lub rozpaczy). Nie wiadomo, czy ktoś z nich choćby w ostatnim błysku życia miał świadomość, że to koniec, wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Czy Swinarski zdążył pomyśleć o swoim śnie ostatniej nocy przed lotem, że zginie w katastrofie lotniczej, jeśli zdąży na ten samolot? Już ledwie, ledwie zdążył na samolot z Warszawy do Pragi. Na lotnisko zawiózł go Wojciech Pszoniak, do samolotu podwieziono go jako ostatniego pasażera – osobno.
Stare „Okęcie” roku 1975 to było niewielkie, kameralne lotnisko, latanie było wtedy czymś luksusowym, zwłaszcza w Polsce, gdzie zachodni styl „jet-set” tamtych lat nie był znany, a masowa turystyka napędzana przez tanie linie lotnicze była jeszcze w odległej przyszłości, dawne lotniska nie były tym, czym są dzisiaj, rojnymi wieżami Babel.
*
Znałam już wtedy to miłe-małe lotnisko na Okęciu, od roku dzieliłam życie między Kraków a Zurich, który miał się stać moim drugim domem. Do Zurichu latało się z Warszawy. I ja bardzo lubiłam latać, dopóki poruszanie się samolotem miało w sobie coś z przyprawiającej o dreszcze przygody, a lotniska jeszcze długo nie były molochami z przewalającymi się tłumami.
20 i 21 sierpnia 1975 roku światowe media informowały o wypadku i śmierci znanego nie tylko w Polsce reżysera. Znanego tym, którzy z nim pracowali, od zawodowej kuchni, znanego wielu bliskim mu od strony prywatnej, i znanego teatralnej publiczności, która dostawała gotowe dzieło bez znajomości spraw zakulisowych. Chociaż…?…
Związana z Dziennikiem Polskim krakowska dziennikarka Krystyna Zbijewska założyła w 1963 roku Klub Miłośników Teatru, który działał przy Domu (Pałacu) Kultury Pod Baranami przez 10 lat, a moja mama była od samych początków jego entuzjastyczną członkinią, chodziła na pokazy przedpremierowe, na próby generalne, na spotkania z aktorami… I nie, nie była z tych „starszych zbulwersowanych nowatorskim teatrem pań”, z których artyści, bywało, że się prywatnie nabijali, była o rok młodsza od Swinarskiego, była młodą kobietą w swoich 30. latach, tak jak on był młodym mężczyzną w swoich 30. latach.
W moim rodzinnym w domu tuż pod Wawelem, w przepełnionym dorosłymi i dziećmi ogromnym mieszkaniu kultura stała na pierwszym miejscu: sztuka, teatr, kino, codzienne gazety, co tydzień „Przekrój”, penetrowanie księgarń i antykwariatów…
To był mój dzień powszedni, to było moje „przedszkole” i moja „szkoła podstawowa”. Wydarzenia kulturalne, w tym teatr, wzbogacały nasze życie i to było to prawdziwe złoto PRL-owskich lat! Najpierw scena dla najmłodszej publiczności, Teatr Lalki Groteska, potem scena dla młodego widza w teatrze Rozmaitości (dziś Bagatela)… A potem już pozostałe teatry dla dorosłych. Lata 60. i 70. miały się okazać Złotym Okresem teatru polskiego!
Od 1960 roku uczęszczałam na lekcje rytmiki do Domu/Pałacu Kultury, i my mieliśmy występy na scenie teatru Rozmaitości, w 1972 sama startowałam do PWST. Na starcie się skończyło, bo los miał na mnie inny pomysł, ale doświadczenie bezcenne. Do egzaminu przygotowywał mnie stary krakowski aktor Jan Niwiński, ten sam, który przygotował skutecznie Annę Dymną… wkrótce miała zagrać „urodziwą dziewkę” w „Dziadach” w reżyserii Swinarskiego.
To była bardzo głośna premiera roku 1973 i właśnie dlatego nazwisko „Swinarski” wpisało się złotymi literami w moją pamięć. Choć nie pamiętam już, czy wiadomość o jego tragicznej śmierci zaskoczyła mnie w Polsce, czy w Szwajcarii?… Ale pamiętam powszechny szok, żal i smutek. Swinarski był reżyserem o światowej sławie, więc i świat go opłakiwał.
Znałam Swinarskiego z jego prac reżyserskich w teatrze i telewizji, nie miałam pojęcia, jakim był człowiekiem. Od tej strony go nie znałam, bo i skąd? O pokolenie młodsza, jedynie ocierająca się o środowisko, nie interesowałam się życiem prywatnym reżyserów, nie wiedziałam, jakiego to człowieka nosiła ziemia i jakiego w jednej fatalnej chwili straciła.
W wieku 21 lat wyjechałam z Polski i choć nie na stałe i – jak się miało okazać – nie na zawsze, moje zainteresowanie kulturą i sztuką poszerzyło się o nowe horyzonty i języki. Podzielał je mój mąż, romanista z wykształcenia, poliglota z zamiłowania, premiery teatralne i filmowe, to był nasz stały repertuar.
Ale Swinarski pracował w zuryskim teatrze o nazwie „Schauspielhaus”, najważniejszej scenie Szwajcarii, dobrych kilka lat wcześniej, zanim zaczęłam tam bywać. Pierwszą sztuką, jaką wyreżyserował dla zuryskiej publiczności była komedia „Das Testament des Hundes, oder das Spiel von unserer lieben Frau der Mitleidvollen” („Historia o Miłosiernej, czyli testament psa”) brazylijskiego autora Ariana Suassuny, to był rok 1971.
Premiera trzeciej sztuki (po „Grze” Jamesa Saundersa), o nieprzetłumaczalnym tytule „Affabulazione” (coś jak „Fantazyjka” lub może „Bajdurzenie”?) Piera Paola Pasoliniego, miała się odbyć 4 czerwca 1972 roku, właśnie wtedy, gdy zdawałam do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Co się wokół tej premiery podziało, dowiedziałam się dopiero z „Biografii ukrytej” Swinarskiego pióra Beaty Guczalskiej wydanej przez WL pod koniec 2024 roku.

Dnia 13 stycznia 2025 roku wybrałam się na spotkanie z Beatą Guczalską do Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego przy ul. Straszewskiego. Spotkanie poprowadził Łukasz Wojtusik, 19 sierpnia miało minąć pół wieku od śmierci Swinarskiego. Wiele się przez te pół wieku zmieniło! Ustrój w Polsce, niektóre nazwy ulic w Krakowie, nazwa, adres i patron szkoły teatralnej…
Po spotkaniu stanęłam z książką w kolejce po podpis autorki. To doprawdy monumentalna księga, prawie 800 stron gęstego tekstu przetykanego zdjęciami. Swinarski żył niewiele ponad 46 lat, ale żył tak intensywnie, jakby próbował przegonić czas mu pisany, lub przeżyć życie podwójnie, albo jakby przeczuwał, że będzie miał mało czasu. Kiedy 19 sierpnia 1975 roku leciał naprzeciw wschodzącego słońca, leciał naprzeciw swojego przeznaczenia: końca śmiertelnej egzystencji i początku nieśmiertelnej legendy.
Głos z publiczności podsumował wieczór ze Swinarskim: „Kochaliśmy go, a on kochał nas”. Był to głos Jerzego Fedorowicza. Sprawdziłam: przed pół wiekiem miał lat 28. Mógł bardzo dobrze pamiętać Swinarskiego. Jak ci, którzy przeżyli go o te pół wieku (+ kolejny rok do teraz), jak Anna Polony, Elżbieta Karkoszka, Krystyna Zachwatowicz, Anna Dymna, Kazimierz Kaczor, Jerzy Radziwiłowicz, Józef Opalski, Krystian Lupa, Mikołaj Grabowski…
Dodźwigałam książkę do domu – to prawdziwa cegła – gdzie posłużyła mi za wehikuł czasu. Na początek udałam się do roku 1929. Wylądowałam w dzień 4 lipca, w tamten odległy czwartek urodził się w Warszawie chłopczyk, drugi syn oficera Wojska Polskiego, Wielkopolanina herbu Poraj, i jego śląskiej polsko-niemieckiej żony. Mojry musiały wyjątkowo długo deliberować nad jego kołyską, bo szykował mu się niezwykły los. Na początek swojej niezwykłej drogi dostał imię Konrad.
To było na 10 lat przed wojną. Gdy wojna się po 5 latach skończyła, Konrad miał 16 lat i nie miał już nikogo z najbliższej rodziny. Gdy minie kolejne 10 lat, będzie już na drodze do zostania jednym z najbardziej utalentowanych polskich reżyserów XX wieku.
Czyż nie dostał tak znaczącego imienia w polskiej literaturze, w polskim teatrze? Kojarzącego się z polskim romantyzmem, ale i z krzyżackim antybohaterem? Wszyscy trzej Konradowie o skomplikowanych osobowościach i poplątanych biografiach: mickiewiczowski Konrad Wallenrod to średniowieczny pruski rycerz, Konrad z III części „Dziadów” – bluźniący Bogu poeta-wieszcz, Konrad „z misją walki z biernością polskiego społeczeństwa” z „Wyzwolenia” Wyspiańskiego…
Sam zaplątany jest w tożsamość polsko-niemiecką, odwróconą w czasie II wojny, podejrzaną w Polsce powojennej. Czy był niemieckojęzycznym Polakiem, czy polskojęzycznym Niemcem? Tak czy tak ta tożsamościowa dwoistość w dorosłym życiu daje mu fory, bo może współpracować z teatrami niemieckimi, szwajcarskimi, austriackimi, bez potykania się o barierę językową. W ogóle ma szczęście do międzynarodowych kontaktów, poza teatrami w krajach niemieckojęzycznych reżyseruje od Tel Awiwu po Helsinki, od Moskwy po Sante Fe w Meksyku, od Leningradu po Mediolan…
Ależ mu te Mojry barwny i gęsty życiorys utkały! Mężczyzna piękny i zdolny! Sensualny, ale o niejednoznacznych preferencjach seksualnych, szczególnie w czasach, gdy o „pewnych rzeczach się nie mówiło”, choć środowisko „wiedziało” i „huczało od plotek”. Z żoną-przyjaciółką, towarzyszką podróży i jego osobistą agentką artystyczną, ale też towarzyszką-agentką SB.
Półsierota jeszcze przed wojną: jego ojciec zmarł, gdy Konrad miał 6 lat. Mógł więc bardzo dobrze pamiętać i chorobę ojca, i żałobę po jego śmierci. Z początkiem wojny matka o ewidentnie nie polskim imieniu, Irmgarda, podpisuje volkslistę, ale może wcale nie podpisuje? Może zostaje na nią przez niemiecki urząd wciągnięta i tyle ma do gadania?
Autorka „Biografii ukrytej” dokładnie wyjaśnia, jak skomplikowane mogły być sprawy przynależności narodowej i administracyjnej w warunkach wojennych, jakie dawały przywileje i jakie zagrożenia. I podsumowuje, że „można [matkę Konrada] określić jako Ślązaczkę, wychowaną na niemiecko-polskim pograniczu”. Gdyby nie wybuchła wojna, gdyby historia potoczyła się inaczej, gdyby nie było tego haniebnie-histerycznego podziału ludzi na nadludzi i podludzi…?… Ale było.
Konrad i jego starszy o dwa lata brat Henryk (Heinrich, Heini), najprawdopodobniej najpierw chodzili do Volksschule, a potem do Oberschule jako mali Volksdeutsche. Pod koniec wojny 17-letni Heini ginie na froncie: „gefallen für Grossdeutschland”, „poległ w walce dla Wielkich Niemiec”.
W sierpniu 1945 matka jako „zdrajczyni narodu polskiego”, trafia do obozu w Mysłowicach, gdzie w strasznych obozowych warunkach umiera na tyfus. Syna nie osadzono w obozie z powodu jego młodocianego wieku. Konrad zostaje pełnym sierotą w wieku 16 lat. Konrad bardzo niechętnie opowiadał o tamtym okresie swojego życia. I trudno się dziwić.
No, ale odkłada się to w jego psychice. O ile „Testament psa” w Schauspielhausie Swinarski doprowadził do premiery i odniósł niewątpliwy sukces: „Wielki teatr w Schauspielhausie”, „Sensacyjna premiera”, zachwycała się zuryska prasa, o tyle kłopoty psychiczne nie pozwoliły mu na dokończenie sztuki Pasoliniego. W „Biografii ukrytej” mowa jest o domysłach, a to, że „przegonili go aktorzy”, a to że „sam uciekł”, dość na tym, że po nagłym powrocie wylądował w krakowskim szpitalu psychiatrycznym w stanie skrajnego wyczerpania. Zurich mu nie służył albo przestał służyć. Albo?…
Albo wrócił do Polski z powodu uwikłania żony Barbary w sprawę kryminalną znanego wtedy aktora Jerzego Nasierowskiego. Sprawa była bardzo głośna, wątków wiele i w jednym z nich nieoczekiwanie pojawiło się nazwisko Barbary. Dokładnie w tym czasie Swinarski porzucił reżyserowanie w Zurichu.
Albo?…
Delikatnie podsumowując, Swinarskiemu nie pracowało się dobrze z aktorami Schauspielhausu. Oni nie rozumieli jego obsesyjnego zajmowania się sztuką w duchu twórcy totalnego „24/7”, on zżymał się na rzemieślnicze podejście do zawodu artystycznego „odtąd-dotąd”. Z drugiej strony zuryskie ensemble mogło nie rozumieć reżysera w stanie nieustannych napięć. A przede wszystkim nie tolerowało miksu jego dwóch chorób: alkoholizmu z pracoholizmem. Pracujący z nim polscy artyści mieli na jego – a i nierzadko swój – alkoholizm znacznie wyższą tolerancję, pojęcia pracoholizmu wtedy nie znano.
Szwajcarskie media po jego nagłym wyjeździe z Zurychu skupiały się na „konflikcie artystycznym” i „niedopasowaniu temperamentów”. Ucieczkę reżysera interpretowano jako wynik załamania nerwowego, ekscentryczności geniusza lub arogancji, ale nie pisano wprost o alkoholu jako przyczynie. Ubrały to w eufemizmy o „trudnym charakterze” i „kryzysie twórczym”, chroniąc prestiż instytucji i artysty, podczas gdy wewnątrz teatru problem ten był doskonale znany i rzutował na fatalną atmosferę pracy.
Czy w tej sytuacji Swinarski mógł jakkolwiek cieszyć się pobytem w tak pięknie położonym mieście jak Zurich? Czy wiedział, że tak malowniczo uplasowany w samym sercu miasta, blisko Jeziora Zuryskiego, z Alpami w tle, Opernhaus pierwotnie stanąć miał na Placu Św. Ducha jako Teatr Miejski Krakowa? Projekt ten wygrał krakowski konkurs, ale radni miasta przepchali finalistę 3. miejsca na 1., a gotowy pod budowę projekt zakupił Zurich.
Czy Swinarski wiedział o tajemniczej nici łączącej Zurich z Krakowem? O podmiance tak charakterystycznych dla obu miast budowli?
21 października 1993 roku Teatr im. Słowackiego uroczyście uczcił swoje setne urodziny. Jubileuszowe przedstawienie wyreżyserował Gustaw Holoubek. Galowy wieczór zakończył się wystawnym bankietem we foyer teatru. Specjalnie na tę uroczystość stawiłam się i ja z Zurichu i na gorąco zdałam relację dla polonijnego pisma wydawanego w Szwajcarii.
Gustaw Holoubek zagrał w 1967 roku Gustawa-Konrada w 'Dziadach” wyreżyserowanych przez Kazimierza Dejmka. Bardzo szybko spektakl został przez władze w atmosferze skandalu zdjęty z afisza, co z kolei spowodowało falę protestów studenckich (tzw. Marzec ’68). Środowisko teatralne obiecało sobie nie wystawiać „Dziadów”, dopóki władza nie przywróci „Dziadów” Dejmka. Nie przywróciła. Tymczasem minęło kilka lat, zmieniła się polska scena polityczna z kontrolującej Polski Gomułkowskiej na swobodniejszą Polskę Gierkowską, a inscenizacją „Dziadów” zainteresował się Swinarski.
Gdy w klinice psychiatrycznej Akademii Medycznej w Krakowie wracał do równowagi, Jan Paweł Gawlik, dyrektor Teatru Starego, podrzucił mu mickiewiczowskie arcydzieło i Swinarski zapalił się do jego wyreżyserowania. Wbrew niepisanej umowie środowiska, co oczywiście generowało zgrzyty, ale Swinarski sprawdzał się w takich tarciach. Oto zameldował się pierwszy literacki Konrad. „Dziady” Swinarskiego były nowatorskie, a zarazem klasyczne, było to mistrzowskie wyważenie tych dwóch założeń.
Owszem, kosztowały blisko połowę rocznego budżetu teatru, ale były to bardzo dobrze wydane pieniądze. Grano je przez wiele lat po śmierci reżysera. Konrada zagrał Jerzy Trela. Dziwiono się, że „wbrew warunkom”, ale Swinarski miał oko do aktorów i umiejętność wydobywania z nich ukrytych potencjałów, jeśli tylko rozumieli – albo wytrzymywali – jego metodę pracy. Zespół Teatru Starego rozumiał – i wytrzymywał. Jak żaden inny.
Swinarski w ramach nastrajania się na temat pojechał nawet do Wilna obejrzeć sobie miejsce akcji „Dziadów” i pochodzić śladami Mickiewicza, z którym łączyła go szczególna koincydencja, szlachecki herb Poraj. Wsłuchał się też w zawodzenie litewskich płaczek pogrzebowych. I wrócił gotów wyreżyserować swoje „Dziady” zgodnie z tym, co uznał za przesłanie Mickiewicza: że Konrad był prawdopodobnie epileptykiem. Jak czytam w „Biografii ukrytej”, „pracował w napięciu graniczącym z transem, prawie nie sypiał. Paliwo stanowiły papierosy, kawa i nieodłączna butelka koniaku. Czasem był bliski omdlenia albo zapaści”.
Przed premierą w wywiadzie dla tygodnika „Literatura” mówił: „Dziady” to utwór traktujący o problemie „ja, kosmos i społeczeństwo”, czy też „ja, społeczeństwo i kosmos”. W pojęciu „kosmosu” mieści się właściwie wszystko, także „Bóg”, „życie”, jest tu też i odbicie drogi człowieka doskonałości. Droga ta jest pełna prywatnych klęsk…
Premiera w niedzielę 18 lutego 1973 roku, jak mówią legendy, „przeszła najśmielsze oczekiwania”. „Wzbudziła niezwykły, nieobserwowany dotąd w teatrze krakowskim entuzjazm, może tylko prapremiera „Wesela” Wyspiańskiego z 1901 roku mogłaby się z nią porównać? Było to na deskach nowego Teatru Miejskiego na Placu Św. Ducha, w sobotę 16 marca.
„Dziady” zagrano w Londynie w katedrze nad Tamizą a przedtem wypróbowano tę konwencję w krakowskim kościele Dominikanów. I wtedy Swinarski dostał zaproszenia na Festiwal Sztuki do Sziraz-Persepolis, któremu patronowała irańska cesarzowa Farah Diba. Leciał, by przyjrzeć się, czy mógłby pokazać „Dziady” także tam.
Rok wcześniej zmierzył się jeszcze z drugim literackim Konradem, tym z „Wyzwolenia” Wyspiańskiego. I tego Konrada zagrał Jerzy Trela. Dla Swinarskiego „Wyzwolenie” to był „rachunek sumienia śmiertelnie chorego mężczyzny”. Wyspiański pisząc „Wyzwolenie” miał 33 lata i miał świadomość, że jego choroba nie daje mu długiej perspektywy. Swinarskiego właśnie to zafascynowało w sztuce uchodzącej za trudną po niezrozumiałą, z zarzutem grafomaństwa: To, co w „Wyzwoleniu” wydaje mi się najważniejsze, to próba wyzwolenia człowieka od bezsensowności jego śmierci, tłumaczył.
*
Kiedy w tę letnią, pogodną noc leciał między pustynią, a Kosmosem, kiedy znalazł się w tym dziwnym „nigdzie”, w którym tak dobrze się czuł, trzecia z bogiń Losu, Mojra o imieniu Atropos – Nieodwracalna, już szykowała nożyce do przecięcia „nici żywota” 126 ludzkich istnień. Starożytni mędrcy-astronomowie wyczytaliby w konstelacji gwiazd nie spokój, a przeciążenie i układ napięć, konflikt energii, moment krzyżowania się losów.
*
Post mortem: Niewiele brakowało, a Swinarski spocząłby obok Wyspiańskiego w Krypcie Zasłużonych na Skałce. Dążył do tego jego krakowski zespół. Ale choć wszystko już było praktycznie dopięte na ostatni guzik, wdowa kategorycznie się temu sprzeciwiła, a że miała większą siłę przebicia, niż Teosia, wdowa po Wyspiańskim, którą Wyspiański chciał mieć obok siebie, grób Swinarskiego znajduje się na Powązkach w Warszawie, a Wyspiański nie dzieli wieczności z ukochaną żoną i matką swoich dzieci.
Mimo że pierwsze doniesienia mówią o trzech Polakach, którzy lecieli tym samolotem i o śmierci wszystkich trzech, nie znajduję dalszych wspomnień, czy choćby wzmianek o dwóch muzykach, skrzypkach, Krzysztofie Czechu i Tomaszu Stockim. Czy też lecieli na Festiwal w Szirazie? W wyszukiwarce cmentarza Rakowickiego wyskakuje mi grób Krzysztofa Czecha z datą śmierci 19 sierpnia 1975. Grobu Tomasza Stockiego nie znajduję na żadnym cmentarzu. Zginęli w katastrofie i niepamięci.
Jeszcze w roku 1975 ginie w dramatycznych okolicznościach Pier Paolo Pasolini, autor niedokończonej przez Swinarskiego sztuki w Zurichu umiera w noc Wszystkich Świętych, z 1 na 2 listopada 1975.
Beata Guczalska w „Biografii ukrytej” w dwóch gęstych od faktów i przypuszczeń rozdziałach „Portret artysty z upiorami w tle” i „Homobiografia” 50 lat po śmierci ich bohatera analizuje jego osobowość na współczesny nam sposób, z większą wiedzą o chorobach i nałogach i mniejszymi uprzedzeniami wobec niewygodnych faktów.
Jako podsumowanie geniuszu i szaleństwa Swinarskiego cytuje fragment listu Barbary Swinarskiej do Józefa Opalskiego z dnia 25 września 1988 roku:
…morze alkoholu plus ostatnie 10 lat relanium, plus (podobno) morfina. Relanium i podobne lekarstwa: mogadon, valium, nervosol i jeszcze dziesięć innych. Gdyby nie zginął…
Tu utnę przypuszczenia Barbary, bo nikt nie wie, co by było, gdyby nie zginął… Katastrofa domknęła jego życie umowną datą śmierci, ale tym samym jego legenda przeniosła się do czasu bez dat.
Elżbieta Binswanger-Stefańska
korzystałam z:
Beata Guczalska, „KONRAD SWINARSKI. Biografia ukryta”, WL, Kraków 2024
Odpowiedź Swinarskiemu. Zapis konferencji z 23-25 października 2014, wyd. PWST, Kraków 2015
Joanna Walaszek, „Konrad Swinarski i jego krakowskie inscenizacje”, PIW, Warszaw 1991
Józef Opalski „Rozmowy o Konradzie Swinarskim i Hamlecie”, WL, Kraków 1988
„Konrad Swinarski. Wierność wobec zmienności”, Wyd. Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988
„Teatr Konrada Swinarskiego. Rekonesans”, wyd. Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 1978
liczne artykuły w prasie polskiej i zagranicznej
_____________________________________
Od redakcji: Tekst ukazał się w miesięczniku „Odra” w numerze wrześniowym 2026 r
